Są walentynki takie, ale są też inne

Jakie są Twoje walentynki? Gorzkie czy słodkie?

Gorzkie walentynki tworzą koalicje, układy obronne, składy podstawowe i bezpieczne schrony. Spotykają się tylko z tymi, z którymi im po drodze. Eliminują zagrożenia, gorszych, bardziej kłopotliwych i niepożądanych. Badają ich, trzymają w odpowiednim dystansie. Gorzkie walentynki boją się bliskości. Jak księżniczka w wieży, do której nikt nigdy nie dotrze (cwaniara, zatrzasnęła się tam sama zaraz po tym, jak wcześniej wszyscy ją zawiedli).

Można obwarować się przed drugim człowiekiem, i nawet tego nie zauważyć. Trzymać w sercu związane z nim możliwe zagrożenia, jak kolorowe, sztuczne perełki. Wyciągać je przed snem, i ronić symboliczną łzę nad każdą z nich. Niestety, ta kolia ani nie obroni Cię, ani nie doda blasku. Stanie się ciężarem. Muszę też powiedzieć, że zupełnie do Ciebie nie pasuje.

Od pewnego czasu wyraźnie doświadczam, że uzdrowienie, wolność i przebaczenie odbywa się w relacji z drugim człowiekiem.

Może bardziej osobiście – doświadczam Boga w relacji z człowiekiem. On przychodzi do mnie przez ręce kochających mnie ludzi. Nie skupionych tylko na sobie. Przeskakujących swoje wyobrażenia. Przyjmujących mnie niezależnie od tego, jak mocno się wygłupię, ocenię, rozkraczę na skrzyżowaniu.

Chciałoby się jakiegoś cudu, wewnętrznego objawienia, ale i tak największym cudem jest ktoś, kto nie ucieknie. Pokaże, że świat wcale nie jest tak straszny, jak go sobie wyobrażasz. Że możesz więcej czuć, bardziej się otworzyć. Że jesteś bezpieczny. Że niekoniecznie dobrym rozwiązaniem jest zakopanie się w ziemi i odkopanie w chwili powtórnego przyjścia Chrystusa. Że raczej mam się mnożyć. Dawać – z rąk do rąk. Że na to moje bogactwo, aby mogło być przez kogoś dotknięte.

Największe cuda, to ludzie, przed którymi nie muszę grać. Tacy szczerzy do bólu. Żadne tam gwiazdy czy najpobożniejsze koleżanki. To moje słodkie walentynki. Takie nieporadne, autentyczne, z tysiącem min od okazywania emocji. Takie, które mówią: „Ty jesteś taka, a ja jestem taka”, i nie zwieszają przy tym głowy. One nie czepiają się cudzych drzazg, ponieważ wiedzą, że są jedynie odpryskiem ich własnej belki. Porządkują siebie zamiast innych. Nie są specami od oczyszczających rozmów, mogą się pomylić, zaśmiać jak koń i przeżyć pierwszą, drugą, trzecią kłótnię.

Nie doświadczyłam tego w książkach ani w najlepszych rekolekcjach. Nawet w Internecie. Myślę, że w życiu każdego z nas przychodzi taki czas, w którym nie znajdziemy lepszego pomysłu od tego, aby wstać, wyżłobić dziurkę w swoim małym schronie, wyjść z domu, wystawić się na krytykę, zacząć się z siebie śmiać i dać się kochać.

A na koniec, bo to jest już koniec, uwielbiany przeze mnie Chet Baker:

photo: liagriffith.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s