Scenariusz dla moich sąsiadów

Myślę, że każdy z nas ma w swoim sercu takie obrazy, które są ziarnem wieczności. Jeżeli szukamy w sobie motywacji, źródła siły, to piękne, szczęściodajne ziarna obecne w naszym sercu są siłą napędową naszego działania.

Nie ukrywam, że bardzo  podobają mi się niektóre kawałki Myslovitz. Jednym z nich jest „Scenariusz dla moich sąsiadów”. Bardzo lubię ten kawałek, on obok „Długości dźwięku samotności” są najczęściej przeze mnie słuchanymi, granymi i śpiewanymi kawałkami Myslovitz. „Scenariusz” kojarzy mi się zarówno z oazowymi dyskotekami w salce parafialnej św. Wojciecha w Mrągowie, jak również latem i błogim dzieciństwem na wsi, w jakimś sensie folklorem. Żniwa. Kombajn jeżdżący po polu. Objazdowe kino w świetlicy.  Jako dzieciak – jeżdżenie „nad jezioro” wykąpać się, powygłupiać z kolegami i rodzeństwem. Zawsze z kolegami paliliśmy małe ognicho, żeby się szybko ogrzać po wyjściu z wody. Nie zawsze była ona ciepła. Orzeźwiający chłód letnich wieczorów. Zabawy z kolegami. Tnięcie z kumplami w piłkę do późnego wieczora. Potem wypad nad jezioro. Innym razem zabawa w „chowanego” albo „dziesięć patyków”,  w „kwadrata”. Ogniska nad jeziorem, granie przebojów polskiego rocka. Piękne czasy. Ale dlaczego wzięło mnie na wspomnienia? Czy to owoc starzenia się? Braku atrakcji w tym co obecnie się dzieje? Bynajmniej. Ja w ogóle nie mam poczucia nostalgii za starymi czasami i niechęcią do tego, co dzisiejsze. No może pewne odczucia związane z pięknem dzieciństwa noszą dla mnie ślad wieczności.

W ogóle uważam, że najlepsze wciąż przede mną. Myślę, że w życiu trzeba patrzeć na siebie w kontekście całości, wszystkich wydarzeń jakie miały miejsce. Wypieranie czegoś, udawanie, że czegoś nie było, tłumienie i tak wywali prędzej czy później na powierzchnię. Myślę też, że każdy z nas ma takie wspomnienia, które są obrazem szczęścia nie z tego świata. Myślę, że każdy z nas ma w swoim sercu takie obrazy, które są ziarnem wieczności. Jeżeli szukamy w sobie motywacji, źródła siły, to piękne, szczęściodajne ziarna obecne w naszym sercu są siłą napędową naszego działania. Najgorzej jednak jest, kiedy ktoś jest pełen zapału, bardzo chce być szczęśliwy, robi co może, by codzienność była przeżywana twórczo i aktywnie, pracuje, relaksuje się, uprawia sport, zażywa kultury, jednak się nie modli, nie żyje sakramentalnie. Czasem powie coś do Boga, gdy życie przyciśnie, jednak nie czeka na odpowiedź. Chodziło tylko o wyrzucenie na modlitwie tego, co na sercu leży, jakby już nie wierząc, że Pan ma moc coś z tą zawartością serca zrobić. Są czasem widoczne dwa skrajne podejścia do współpracy człowieka z łaską Bożą.

1.  „Pan za mnie wszystkiego dokona” (por. Ps 138)

Rozumiane opacznie tak: nic nie mogę, Pan wszystko  zrobi sam. Na nic nie mam wpływu, nic ode mnie nie zależy. Człowiek w tak rozumianej relacji jest bierny, zero zaangażowania. Jest to coś innego niż czasem odczuwalna bezsilność, kiedy to czujemy się przygnieceni swoimi upadkami i wołamy z głębokości do Pana (por. Ps 130). Wracając do tematu, Pan ma robić wszystko, a ja w takim ewentualnie słodkim bezruchu przyjmuję wszystko. No mi to pachnie taką apatycznością człowieka, nieotwartym sercem. Bo chodzi o to, jak ja miłuję. Czy można miłować biernie? Czy ktoś przy nas czuje się szczęśliwy, gdy my jesteśmy jacyś tacy niewyraźni? Oczekujący, a nie dający? Biorący, lecz nie dający?

2. Cytatu na razie nie mam. (Może coś zaproponujesz w komentarzu?:)

Bóg Bogiem, jednak jeśli sam czegoś nie zrobię, to nikt za mnie tego nie zrobi. Jest w tym dużo prawdy, bo Bóg za mnie nie wstanie rano. Bóg za mnie nie pójdzie do pracy. Bóg za mnie nie opłaci rachunków. Ale czy oznacza to, że Bóg nie wspiera mnie w tym? Nie udziela mi siły bym mógł rano wstać, mógł po raz kolejny pójść do pracy, której czasem albo i często nie chcę mi się zwyczajnie iść? Czy Bóg nie błogosławi również mojej sfery materialnej? Że mimo wielu niepewności pomaga mi wywiązać się z różnych świadczeń? Czy Bóg nie złożył we mnie swoich uzdolnień? Nie rozlał w mojej duszy darów Swojego Ducha Świętego? To, co mam i co potrafię, czyż nie jest rozwinięciem tego, czym mnie obdarował stwarzając mnie?

W sumie to miało być o błogim dzieciństwie, a wyszło jak wyszło. Tak czy inaczej, Coś albo „ktoś” z nieba ciągle do nas przylatuje. On na prawdę jest naszym przyjacielem. Kiedy ląduje, my jemy kanapkę. On przychodzi do nas w prozie naszej codzienności. On chce, byśmy leczyli chore sąsiadów sny.

fot.: rbl.tv

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s