Samarytanka

Bądź wola Twoja. – często wypowiadam słowa tej modlitwy. Za każdym razem starając się, by były szczere i świadome. Ale jak poznać, która wola jest tą właściwą? W emocjach, racjonalnie, układając elementy po kolei, lub chwytając się poszczególnych doświadczeń- każda z nas ma swój sposób na konfrontowanie swoich pragnień z tym, czego, jak nam się wydaje, oczekuje od nas Bóg.

Szkoda jest tracić życie nerwowo wyczekując odpowiedzi… wypatrując znaków… starając się wszystko uchwycić by po swojemu połączyć fakty i sklecić wyobrażenie o Bożym planie dla mnie… Pozornie łatwo jest powiedzieć ‚Oddaję Ci Panie wszystko…’ lecz trudniej nie wpaść w pułapkę bierności. W myślenie, że teraz będę czekać, aż Bóg pokaże mi co mam robić. Do do tego czasu sama nie zrobię nic, by przez nieuwagę, nie przegapić momentu, w którym On wprowadzi Swój plan w moje życie.

Nie zacznę pracy, dopóki nie poukładają się inne puzzle życia. Nie wejdę w relację, dopóki nad głową drugiego człowieka nie zapali się lampka oznajmiająca ‚bezpieczny grunt- nie pokaleczysz się’. Nie wypłynę się na otwarte morze, dopóki nie upewnię się, że to Strzeżone wody. I tak wciąż. Bardziej lub mniej ważkie chęci zmian. Odkładane na bok – przez niepewność. Zabawa w podchody którą kończę w połowie, sfrustrowana, że nie znalazłam celu. A przecież wskazówki, które zdaje się, że odgadłam, łączą się w jakiś szlak…

Ciągłe pytanie, czego chcę… czego pragnę. Szukam źródła, które zaspokoi potrzeby. Szukam u ludzi, w spotkaniach, w pracy, w przyrodzie, w muzyce, w książkach, w podejmowanych wyzwaniach.  Łapię momenty, które ‚coś’ mi dadzą, z których ‚coś’ wyniosę. Ale wciąż się wypalam. Napełniam się… opadam… znów szukam. Jestem jak Samarytanka, która czerpie wodę ze studni. Zmęczona ciągłym uzupełnianiem zapasów wrażeń.

Jednak Ona łamie konwenanse. Rozmawia z Jezusem. Z Żydem. Z kimś, od kogo stronił Jej naród. Twardo stąpa po ziemi. Jest konkretna.

Jakżeż Ty, będąc Żydem, prosisz mnie Samarytankę, bym Ci dała się napić? /J 4, 9/

Nie wie co ją czeka, jednak rozmawia z kimś, kto nie jest z jej świata. Nie ucieka. Robi to co zwykle… czerpie wodę. A Bóg przychodzi do Niej. Do jej codzienności. Do świata, w którym Ona żyje. Pomimo zranień i nieuporządkowania. W momencie, w którym ona próbuje zaspokoić swe pragnienie. Bóg przychodzi w zwyczajności. Właśnie tam, kobieta otrzymuje obietnicę.

‚Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu.’ /J 4, 13-14/ 

Samarytanka z przejęciem odpowiada na zaproszenie. Nie negocjuje. Nie dopytuje. Nie próbuje ustalać granic. Chce przyjąć to, co dla niej przygotowano.

Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. /J 4, 15/  

Jej pragnienie wypełnia się w spotkaniu. Nie dostaje gotowej recepty na swoje życie. Żadnej mapy, ani listy zadań do wykonania. Dostaje zapewnienie, że Ten z Którym rozmawiała, jest Mesjaszem. Tylko, albo aż tyle. Gdy spotykam Boga, wypełniam Jego wolę. Spotykam Miłość, Która we mnie staje się Źródłem na Życie. Gdy pragnę, chcę uczyć się od Samarytanki prostej prośby: ‚Panie, daj mi tej wody…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s