Być przy nadziei

Jestem przy nadziei. W prawdzie trochę już na wylocie, ale mentalnie chciałabym, aby odnawiała się we mnie do końca życia. I chciałabym, aby była też w Was. Dlaczego? Bo – jak potwierdziły to ostatnie doświadczenia mojego życia – nie jest ani matką głupich, ani mądrych. Jest obietnicą.


Mój świat stał się ostatnio brzemienny w coś jeszcze. W trudne doświadczenia. Spadło na mnie sporo niesprawiedliwych słów, podsumowań, osądów, zlepek nie do odparcia. Odsłonięta stanem wczesno-macierzyńskim, pragnęłam spokoju, głębokiego wytchnienia, a otrzymałam burzę z piorunami. Zaskoczona brakiem logiki i empatii ze strony tych, od których spodziewałam się je otrzymać, usiadłam na skraju siebie, wahając się, którą drogę wybrać. Z jednej strony roztaczał się mglisty widok – na pochmurnym niebie krążyły pojedyncze ptaki, a majacząca się w oddali piaszczysta droga opadała leniwie wzdłuż rozłożystej doliny. Nie było tam żadnego koloru, jedynie samotność i pustka, słodka i zatęchła możliwość zapadnięcia się w siebie. Spojrzałam w drugim kierunku. Tu znowu – nic specjalnego. Ostre kamienie, które ktoś strącił z pobliskiej skarpy, leżały tak jak poprzednio. Mogłabym je omijać, torować sobie przejście, ale ta droga wymagała od mnie wysiłku. Nie byłam pewna, czy znajdę w sobie siłę. Ścieżka sunęła nieco w górę, a na jej końcu rysował się delikatny, jaśniejszy punkcik. Nie było to porażające, magnetyczne światło. Nie było to pocieszenie. Od całości krajobrazu wyróżniała je tylko jedna właściwość – świeciło jasno i niezmiennie. Po takich doświadczeniach, wpuszczenie w duszę i myśli orzeźwiającego ruchu zdawało się bardziej czymś absurdalnym niż koniecznym. Nie miałam sił, aby się poderwać. Zapadła noc, przyszedł sen, zbudziło mnie delikatne szturchnięcie kolejnego ranka. Zrozumiałam, że podjęłam dobrą decyzję. Zostałam tu, gdzie jestem. Trzęsienia wewnętrzne – dzięki tej statyczności – zostały już nieco okiełznane. Teraz przyszedł czas na kolejny krok. Rozejrzałam się raz jeszcze, wyraźnie już czując, że kierunek jest tylko jeden – postanowiłam wyruszyć trudniejszą drogą. Tak jak w wierszu „Słowa w domu dźwięku” południowoafrykańskiego poety, Rushdy Siersa: Dla nas wydarzył się ten świat / Gdzieś między górą a morzem / Aż nagle nas wysiedlono / I wtedy staliśmy się wolni…

Od czasu do czasu doświadczamy beznadziejnych sytuacji wysiedlenia. Z przyjaźni. Ze spokoju. Z bezpieczeństwa. Z rodziny. Z miłości. Uderzają w nas niespodziewanie lub nagle. Może to być czyjeś zachowanie, które nie wniosło do naszego życia niczego więcej poza chaosem i smutkiem. Może to być chwilowa (nie wiadomo jak długo ciągnąca się) niemożność stworzenia upragnionego domu. Potknięcie się o formalności, które zatrzymują realizację podstawowych pragnień i marzeń. Brak pieniędzy. Brak pracy. Brak zdrowia. Zewnętrzna niemoc. Śmierć lub opuszczenie przez kogoś, bez kogo wydawało się niemożnością przeżycie dnia lub choćby miesiąca. Chodzi mi o te sytuacje powstałe – w gruncie rzeczy – z tego, że życie czasem kładzie nam je pod stopami. Jak niechciany prezent albo bombę, której nie potrafimy rozbroić. Jak je przetrwać? Jak – mając wpływ tylko i wyłącznie na własne życie i postępowanie, mimo wszystko ograniczony a nie boski – wytrzymać przygniatający nacisk? Co robić, kiedy przestajemy tłuc o ścianę? Kiedy zdamy sobie sprawę, że fakt, iż niesprawiedliwie coś na nas spadło nie robi na nikim wrażenia. Kiedy umieramy od zewnętrznej znieczulicy. Kiedy po dniu katastrofy przychodzi kolejny i w końcu trzeba podjąć decyzję dokąd dalej iść, nie czując komfortu i nie słysząc zwycięskich fanfar.

Otworzyłam dzisiejsze Czytania i nad podziw szybko znalazłam odpowiedź: Chociaż nie znaleźli żadnego powodu, aby Go skazać na śmierć, to jednak domagali się od Piłata, aby go stracił. Gdy dokonali wszystko, co o nim napisano, zdjęli Go z drzewa i złożyli w grobie. Ale Bóg wskrzesił Go z martwych (Dz 13, 28-30).

Bezsens jest bez sensu. Bez sensu jest domaganie się, abyśmy spełniali czyjeś oczekiwania. Bez sensu jest obrywanie za to, że jesteśmy właśnie tacy, jakimi udaje się nam być. To irytujące, wiem, ale czasem nie możemy zatrzymać ludzkiej pogardy czy ataku. Nie możemy w nieskończoność odpychać rzeczy, które akurat ubzdurały sobie, że muszą się do nas przypieprzyć. Nikt z nas nie posiada metalowej zbroi Iron Mana. Czasem musi dokonać się wszystko, aż do złożenia w grobie.

Po moich ostatnich brzemiennych w brzemienności wydarzeniach zdałam sobie sprawę, że prawdziwym cudem nie jest rozprawienie się ze złem świata lub z czyimś okrucieństwem. Prawdziwym cudem jest żyć obietnicą. Nie ma nic wstydliwego w tym, że boję się cierpienia, upadku, wyśmiania, wyszydzenia, niezrozumienia, a na pewno nie ma nic wstydliwego w tym, że boimy się śmierci. Wiele razy coś mi obiecano i nie dotrzymano słowa. Czuję jednak i wiem, że są Obietnice, których nie da się złamać. Chodzi o te umocowane na skale nadziei. Szepczą mi nad uchem jedną prawdę – z każdej sytuacji będę w końcu wskrzeszona. Podczas gdy potwory myślą, że umarłam, a seryjne myśli moich braci i sióstr roztaczają nade mną najciemniejszą noc, mój Pan wchodzi do grobu, który dla mnie wykuto i wraca mi życie.

Choćby dopiekali nam najbardziej upierdliwi wyjadacze upierdliwości, ich wyobraźnia nie obejmuje jednego – tego, że nasze życie nie należy do nich. Pięknie napisał o tym Charles Spurgeon: „Bóg nas nigdy nie opuści ani nie porzuci, dlatego możemy być zadowoleni z tego, co mamy. Odkąd Pan jest nasz, nie jesteśmy pozostawieni bez przyjaciela, skarbu i mieszkania. To zapewnienie może dać nam poczucie niezależności od innych. Pod takim patronatem nie czujemy się kuszeni, by płaszczyć się przed ludźmi i prosić ich o pozwolenie, byśmy mogli nazywać nasze życie swoim własnym, ale to, co mówimy, wypowiadamy odważnie, przeciwstawiając się sprzecznościom. (…) Żaden olbrzym nie może już palić pielgrzymów. (…) Z Bożą pomocą bądźmy odważni, a gdy świat szaleje, pozwólmy mu na to i nie bójmy się go”.

Na tym polega absurdalność zła, że może spodziewać się tylko jednego – własnego końca. Tymczasem ja, no cóż, gdybym miała przyznać się tu do czegoś jeszcze, musiałabym powiedzieć, że tak naprawdę nie pamiętam ile to już razy wstałam z grobu. Czy są ludzie, którzy nie nużą się i chcą nadal mnie tam wsadzać? Jasne. Tak samo jak to, że te egzekucje spisane są z Góry na porażkę.

A to dlatego, że jestem przy nadziei. Wierzę w moc Obietnic.

Jedna uwaga do wpisu “Być przy nadziei

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s