Wolne miejsca

Pozwól, że opowiem ci pewną historię.

Miałem dziś okazję wrócić na chwilę do swojej pierwszej pielgrzymkowej grupy Jaćwież – Giżycko. Kiedy do niej dojeżdżałem przypominałem sobie pielgrzymki, w których uczestniczyłem kilkanaście lat temu. Wrażenia, modlitwy, pielgrzymkowe piosenki, widoki, wreszcie ludzie. I kapłani.

Uderzyło mnie to, że już dwóch z nich, z tych „moich” przewodników, już nie ma.

Ks. Darek Sańko – pierwsze skojarzenie z nim to ‚wyprawa’. Człowiek, który nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu. Kochał Pana Boga, ludzi i podróże, szczególnie te ekstremalne: „Jak mały jest człowiek wobec żywiołów? One uczą człowieka pokory. Bóg jest Stwórcą tych żywiołów. One świadczą o Jego potędze. Kocham morze, kocham wyprawy. Morze jest nieprzewidywalne. Tu wszystko zależy od pogody. To nie my dyktujemy warunki, ale morze. Ono uczy nas pokory.” – napisał w swoim notatniku. Kochał ludzi i niósł im miłość Boga. Miałem szczęście być z nim na zimowym rajdzie wokół jednego z mazurskich jezior. Kiedy byłem na urlopie pomiędzy postulatem a nowicjatem odwiedziłem go w Suwałkach. Opowiadał o kajakowej wyprawie gdzieś wzdłuż skandynawskich fiordów i mówił, że zimą chce wejść na Kazbek w Gruzji. W trakcie wyprawy, już niedaleko szczytu, załamała się pogoda, zeszła lawina. Ks. Darek zginął.

Kolejny kapłan to Abraham, tak go nazywaliśmy. Kapucyn – Paweł Truszkowski. Pamiętam jak dojeżdżał do pielgrzymki na swoich urlopach jeszcze w czasie formacji w seminarium, opowiadał o życiu w zakonie, prosił o modlitwę. Kolejne spotkania to już jego prymicje w Giżycku. Byłem wtedy w maturalnej klasie i toczyłem jakąś beznadziejną duchową walkę z samym sobą, potwornie bałem się, że Pan Bóg „rozkaże” mi być księdzem, więc na wszelkie sposoby próbowałem się przed Nim ukryć. A tu nagle jakiś niesamowity zlot kapucynów, było ich chyba ze trzydziestu. Potem kiedy już się zdecydowałem iść do zakonu powiedziałem o tym Abrahamowi. Bardzo mi pomógł, podprowadził do pewnego momentu, a potem powiedział: dalej musisz iść już sam. Pracował w Łomży skąd napisał do naszego prowincjała taki list: „Ojciec mówił w nowicjacie czasami, że „należy się wam jedynie pogrzeb chrześcijański”. Oczywiście brałem to za żart. Jednak to we mnie poniekąd zostało. Nie chcę mieć łatwego, czy raczej przyjemnego życia zakonnego, bo rzeczywiście uważam, że tak w gruncie rzeczy nic mi się nie należy.
W Łomży jest mi bardzo dobrze i cieszę się, że tu trafiłem. Jednak chciałbym coś więcej. To pragnienie misji jest we mnie nieco jak taki nurtujący ogień, który przynagla do wyjazdu. Mam nadzieję, że po tych kilku bezładnych zdaniach, Ojciec zobaczy, że jest we mnie szczere pragnienie. Sam zaznałem wielkiego miłosierdzia Bożego i chcę ja zanieść tam, gdzie brakuje ludzi, aby o nim mówić.”

Pod koniec czerwca 2014 r. wyruszył na pielgrzymkę podczas której dostał bardzo silnego ataku malarii. Nie przeżył nocy, zmarł w szpitalu w Libreville.

Te dwa miejsca są wolne.

Żniwo jest wielkie, ale robotników mało.

Nie bój się pomyśleć, że Pan cię wzywa do pójścia na żniwa.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s