Tożsamość psa

„Pamiętaj, że zawsze będziesz synem św. Dominika” – te słowa usłyszane od jednego z moich współbraci (swoją drogą jednego z tych, do których po ludzku było mi najdalej…) w momencie, w którym opuszczałem kilka lat temu dominikański nowicjat, często do mnie wracają. Tak było i przy okazji niedawnego wspomnienia św. Dominika.

I choć zabrzmi to może paradoksalnie, to wraz z upływem lat coraz bardziej odkrywam, że te słowa są prawdą o moim życiu – coraz bardziej czuję się synem św. Dominika, choć formalnie z jego zakonem nie mam nic wspólnego i nie planuję w żadnej formie do niego ponownie wstępować. A mimo tego jakoś smutno mi zawsze, gdy wiem, że 5 października cały Kościół wspomina św. Faustynę, a w odmętach rubryk liturgicznych gubi się wspomnienie błogosławionego Rajmunda z Kapui (mojego patrona z okresu formacji zakonnej). A z drugiej strony uśmiecham się za każdym razem, gdy w jakimś kościele zobaczę obraz Matki Bożej wręczającej różaniec św. Dominikowi – czuję się wtedy jakbym niespodziewane spotkał dobrego przyjaciela. Łapię się też czasem na tym, że trudniej mi się modli czy przeżywa liturgię gdzieś indziej niż u dominikanów; że ciężko mi słuchać innych pieśni i odmawiać brewiarz lub różaniec odmiennym tempem niż to, którego nauczyłem się przez te minione lata…

Czy to wszystko to z jednej strony historia o jakiejś fanaberii i dewocji zawężonej do każdej rzeczywistości sygnowanej literkami „OP”, a z drugiej oznaka ograniczenia mojej wiary? – bo przecież Bóg jest ten sam u dominikanów, franciszkanów, księży diecezjalnych czy nawet u jezuitów! Więc chyba wszędzie powinienem umieć Go spotykać i z łatwością słyszeć w ten sam sposób, a jeśli tak nie jest, to znaczy, że nie dojrzałem w mojej wierze i zatrzymuję się na zewnętrznych formach…

Dla mnie to historia o mojej duchowej tożsamości. Tożsamości, przez którą mogę dookreślić swoje miejsce w Kościele i która jest też dla mnie znakiem troski i miłości Boga – że dał mi na mojej drodze wiary takich a nie innych przewodników i przyjaciół w Niebie. On, jako Ten, który „przenika i zna mnie” (Ps 139,1) wie w jaki sposób do mnie dotrzeć, bym najpełniej mógł przyjąć to, co pragnie mi dać. On chce „mówić do mego serca” (Oz 2, 16) i najwyraźniej uznał, że najlepiej ten głos usłyszę właśnie w towarzystwie Rodziny św. Dominika. Że tutaj najgłębiej będę mógł wejść w Liturgię, spotkanie ze Słowem i doświadczenie wspólnoty. I za każdym razem, gdy mogę się z Nim spotykać przy dominikańskim klasztorze, dziękuję Mu za ten dar.

Dostrzegam też jak bardzo ważna jest dla mnie ta tożsamość w dojrzałym przeżywaniu wiary – ona pozwala mi się zaangażować w życie Kościoła w bardzo konkretnym jego miejscu i wśród konkretnych ludzi – przy tym, a nie innym kościele i w tej, a nie innej wspólnocie. Zaangażować się nie z poczucia powinności, ale z żywego pragnienia budowania czegoś, co rozpoznaję jako moje. I to jest to miejsce, w którym namacalnie i codziennie mogę przyczyniać się do wzrostu Chrystusowego Kościoła. I kiedy myślę o tym, że nagle z jakiegoś powodu znalazłbym się gdzieś indziej, to ogarnia mnie smutek. Nie z powodu tego, że nie mógłbym brać tego, co tu dostaję, ale raczej dlatego, że nie mógłbym tutaj dawać tego wszystkiego, co chciałbym dać i czym chciałbym się dzielić.
Taka perspektywa bardzo mi pomaga w myśleniu o Kościele i angażowaniu ludzi w jego życie. Widzę to po naszej Wspólnocie św. Jacka działającej przy poznańskim klasztorze dominikanów – jedną z najważniejszych rzeczy, którą mamy do zrobienia, gdy ktoś chce do nas dołączyć, to dać mu poczuć się częścią tej Wspólnoty, sprawić by się z nią utożsamił – by to była naprawdę jego wspólnota, a nie jedno z wielu miejsc, gdzie lubi przyjść i dobrze się czuje biorąc coś z naszej „oferty duchowej” (u nas we wtorki, w czwartki na siatkówce w duszpasterstwie franciszkanów, a w soboty na spotkaniu oazy itd.).

Kształtowanie tożsamości zakłada wybór, czyli określenie tego kim jestem i co jest „moje”, a co takim nie jest. Myślę, że bardzo tego dziś potrzebujemy w naszych wspólnotach i parafiach – tożsamości, która otwiera drogę do zaangażowania i służby. Która otwiera drogę do dojrzałej relacji z Bogiem. I pamięci o tym, że każda z tych tożsamości (czasem tak różnych od siebie) jest pochodną tej jednej i podstawowej tożsamości, którą mamy w sobie odkrywać i na której mamy budować swoje życie, jeśli ma ono mieć jakikolwiek sens – tożsamości ludzi ochrzczonych w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Bez tego to rzeczywiście będzie tylko fanaberia i dewocja.

 

fot. Monika Pańka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s