Żądam Miłosierdzia!

„Czego żądasz? – Miłosierdzia Bożego i Waszego!” – taki dialog odbyło w minioną niedzielę kilkunastu dominikańskich nowicjuszy ze swoim Prowincjałem chwilę przed złożeniem pierwszych ślubów zakonnych. I chociaż żadnego z nich nie znam ani nie było mnie wtedy w Warszawie, to w tym roku to zdanie wybrzmiało dla mnie niezwykle mocno.

Pobrzmiewają mi w nim echa tego dialogu, który Kościół prowadzi z kandydatem do chrztu lub jego rodzicami: „O co prosisz Kościół Boży? – O chrzest/ wiarę.”. Słyszę tu też wołanie wielu chromych, niewidomych czy zniewolonych z kart Ewangelii, którzy krzyczeli za Jezusem „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (Mt 15, 22; Mk 10, 47; Łk 18, 38). We wszystkich tych sytuacjach z ogromną mocą wybrzmiewa wołanie o miłosierdzie. Wołanie, które słyszymy jako Kościół od dwóch tysięcy lat.

Przede wszystkim jednak słyszę tu wołanie, które (dostrzegam to z biegiem lat coraz bardziej) ja sam w pierwszej kolejności potrzebuję każdego dnia zanosić do Boga oraz do moich braci i sióstr. I nie chodzi o stwierdzenie „wiecie, nie wyszło, mam nadzieję, że za bardzo się nie gniewacie i nadal będziecie dla mnie w miarę mili…”. Gdy proszę Boga i bliźnich o miłosierdzie, to proszę o coś co jest absolutnie w opozycji do logiki tego świata. Proszę o miłość, szacunek i pomoc pomimo, a nie za. Proszę o bycie przyjętym, choć wiem, że ze względu na moją grzeszność i małość nie zasługuję na to żadną miarą i według ludzkiej logiki mi się to nie należy. Tak wołali choćby Dawid: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość. […] Nie odrzucaj mnie od swego oblicza i nie odbieraj mi świętego ducha swego!” (Ps 51, 3.13) i Jeremiasz: „Uznajemy, Panie, naszą niegodziwość, […] bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie. Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twoje imię!” (Jr 14, 20-21). Dawid i Jeremiasz zgodnie wołają: „nie odrzucaj mnie! Przyjmij mnie, choć wiem, że zgrzeszyłem! Przyjmij i pomóż mi zmienić moje życie!”.

W obliczu okazania słabości, popełnienia błędu, niespełnienia czyiś oczekiwań lub wyrządzenia komuś krzywdy naszym ludzkim doświadczeniem często jest pewnie właśnie odrzucenie – jakaś forma wyłączenia z relacji, odsunięcia gdzieś na bok. Niosąc w sobie takie doświadczenie, widzę jak bardzo tego samego spodziewam się potem od Boga i innych ludzi. I w konsekwencji próbuję schować gdzieś to wszystko, co (w moim odczuciu) nie zasługuje na miłość. Czasem to będzie mniejszy, a czasem większy kawałek mnie. A czasem może mam poczucie, że powinienem schować się cały. I w efekcie żyję z poczuciem, że jakiś fragment mnie nie jest objęty miłością, jest zepchnięty gdzieś poza margines. Ale ciągle jest, a przez brak miłości boli coraz bardziej.

Stanięcie przed Bogiem i Kościołem z tym wołaniem, od którego zacząłem ten tekst jest dla mnie wyrazem ogromnej odwagi. Bo oto przyznaję się do mojej słabości i grzeszności, zdając się na łaskę Boga i drugiego człowieka, mając na ustach to jedno wołanie: „Przyjmij mnie i pomóż mi zmienić moje życie!”. I jak wchodząc do Kościoła przez chrzest, proszę o łaskę wiary i włączenia we wspólnotę, tak będąc już w nim mogę tego miłosierdzia żądać! Mogę żądać, by moja wspólnota żyła słowami Chrystusa: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. […] Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią?” (Mt 5, 44.46), a św. Łukasz dodaje w tym miejscu „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec Wasz jest miłosierny.” (Łk 6, 36). W Kościele oczekuję miłosierdzia, oczekuję przyjęcia i pomocy na drodze nawrócenia. I tego samego mogą oczekiwać ode mnie moi bracia i moje siostry – każdy, kto przychodzi do mnie jako do członka Kościoła Chrystusa.

I tutaj muszę stanąć w prawdzie o tym, że to ich wołanie często jest dla mnie bardzo niewygodne. Tak samo jak dla uczniów i towarzyszy Jezusa, którzy w przytoczonych przeze mnie na początku historiach, prosili Go, aby uciszył i oddalił tych, którzy za Nim wołają. A czasem też sami próbowali to zrobić, nawet nie pytając Jezusa. Widzę jak często do Wspólnoty, w której się formuję, przychodzą ludzie chorzy, ubodzy, poranieni, nie umiejący wchodzić w relacje. Po ludzku – trudno mi z nimi być, trudno mi ich przyjąć. A przychodzą z tym samym wołanie o miłosierdzie, które i ja noszę w sobie. I wiem, że jedyną drogą, abym nauczył się ich przyjmować jest to, że sam doświadczam tego przyjęcia – przez Boga i przez ludzi. To samo dotyczy każdej osoby, którą spotykam i z którą żyję (im dłużej i bliżej, tym więcej widząc tych ciemnych i trudnych spraw…). I gdy ja wołam do Boga, aby mnie nie odrzucał, słyszę Jego Słowo: „Jakże Cię mogę porzucić, Efraimie? […] Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku Ciebie jestem ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać.” (Oz 11, 8a. 9). Im bardziej Bóg jest „pośrodku mnie”, im bardziej staję się podobny do niego, tym bardziej i ja mogę przyjmować innych, być dla nich świadkiem miłosierdzia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s