Doświadczam ostatnio tego, że nawrócenie to rzeczywiście „przemiana myślenia”. I Bóg przez powyższy fragment i kilka innych tekstów zmienił moje myślenie o czymś, co w Kościele chyba wydaje nam się oczywiste.

„Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” (Mt 20, 1-7)

Ten fragment wracał ostatnio do mnie kilkukrotnie w liturgii i na osobistej modlitwie, przykuwając moją uwagę do tego, co właściciel winnicy mówi kolejnym grupom ludzi. Najbardziej zatrzymało mnie to, że tym pierwszym obiecuje konkretną sumę (denara), tym drugim już tylko jakieś wynagrodzenie („to co słuszne, dam wam”), a tym trzecim nie obiecuje nic – po prostu bierze ich do pracy. I to im wystarczy.

Doświadczam ostatnio tego, że nawrócenie to rzeczywiście „przemiana myślenia”. I Bóg przez powyższy fragment i kilka innych tekstów zmienił moje myślenie o czymś, co w Kościele chyba wydaje nam się oczywiste. Na tyle oczywiste, że rzadko się głębiej nad tym zastanawiamy. Bóg zmienił moje myślenie o służbie i pokazał mi, że jest ona łaską. Ale nie łaską, którą ja robię jemu, ale łaską, którą On mi daje. Dla robotników ostatniej godziny łaską było to, że po prostu mogą włączyć się w jakąś pracę. Największym darem jest móc być w winnicy Ojca – być blisko Niego, poznawać Go i razem z Nim pracować. Móc całe życie przeżywać w Jego bliskości, pełniąc Jego dzieła. To jest największe bogactwo, choć On w swojej trosce nie zapomina o naszych codziennych potrzebach – daje nam denara, akurat tyle, by móc przeżyć jeden dzień. By jutro znów móc doświadczyć tego, że łaską jest być pracownikiem Jego winnicy.

Niemal co roku we Wspólnocie, w której jestem, zderzamy się z sytuacją braku ludzi do podjęcia różnych posług. I kiedy rozmawiam ze znajomymi z innych wspólnot, grup czy duszpasterstw, to często widzą oni ten sam problem. Proponujemy komuś jakąś posługę, nawet drobną i jakże często słyszymy wyliczankę usprawiedliwień – tak jak człowiek wyprawiający ucztę w przypowieściach przytaczanych przez Chrystusa (Łk 12, 15-24; Mt 22, 3-5). „Mam dużo zajęć tego dnia/ Robimy teraz duży projekt w firmie/ Nie wiem, czy się wyrobię – uważaj mnie za usprawiedliwionego…”. Ciągle łapię się jeszcze na tym, że patrzę na służbę, na wejście w pełnienie dzieł Bożych jako na wyraz mojej dobrej woli – że oto wspinając się na wyżyny mojego heroizmu (za który koniecznie ktoś powinien mnie pochwalić!) łaskawie wykrawam z mojego cennego czasu dwie godziny, żeby poprowadzić spotkanie modlitewne, przygotować konferencję, pomóc w jakimś dziele charytatywnym itd. A tak naprawdę to Bóg okazuje mi łaskę, że chce mi te rzeczy powierzyć. Im bardziej dostrzegam moje grzechy i liczne słabości, tym bardziej dochodzę do wniosku, że sam sobie w życiu bym nie powierzył tylu spraw i zadań, tylu ludzi pod opiekę – Wspólnoty do prowadzenia, odpowiedzialności głoszenia rekolekcji, bycia pomocą na drodze do świętości dla mojej dziewczyny… Powierzając mi to wszystko, Bóg obdarowuje mnie ogromnym zaufaniem i łaską. I widzę, że w tym wszystkim mogę się uświęcać. Że tego potrzebuję. Przestaję patrzeć na moje życiowe powołanie jako na drogę do realizacji siebie, czy okazję do pokazania jaki jestem wspaniały, ale zaczynam patrzeć jako na dar – bo oto Bóg pokazuje mi, w jaki sposób najdoskonalej mogę służyć, na jakiej drodze mogę najbardziej upodobnić się do Chrystusa Sługi.

On zaprasza mnie, abym nasycił się pełnieniem Jego woli – by to był mój pokarm (J 4, 34). Wiele razy doświadczyłem tego, że najbardziej nasycony jestem wtedy, gdy daję z siebie – gdy wychodzę z moją Wspólnotą głosić na ulicach Poznania, gdy prowadzimy rekolekcje w jakiejś podstawówce na końcu świata, gdy robię coś dla drugiego człowieka… Gdy Bóg działa przeze mnie, mogę jeszcze wyraźniej zobaczyć Jego miłość i doświadczyć mocy Jego Słowa. Gdy służę, mogę stawać się coraz bardziej podobnym do Niego – być coraz bardziej „sługą wszystkich” (Mk 9, 35), tak jak On stał się sługą dla wszystkich ludzi. Jezus mówi wyraźnie, że „kto by chciał Mu służyć, niech idzie za Nim, a gdzie On jest, tam będzie i Jego sługa” (J 12, 26). Gdy służę, jestem najbliżej Chrystusa.

Ucząc się takiego patrzenia na służbę i zaangażowanie w Kościele, dziękuję Bogu za to, że coraz bardziej wprowadza mnie w doświadczenie Izraela, o którym mówi Zachariasz „Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg Izraela, że z mocy nieprzyjaciół wyrwani, będziemy Mu służyć bez lęku”, czy doświadczenie teściowej Piotra, która po otrzymaniu uzdrowienia zaczęła usługiwać Jezusowi i Apostołom. Bóg uzdrawia mnie z moich słabości, niedomagań i wad, abym mógł służyć. Uwalnia mnie, abym mógł podjąć służbę w Jego Królestwie. I dziękuję Mu za tę łaskę, że myśląc o tym, że Wspólnota, w której jestem mogłaby przestać istnieć, w pierwszej kolejności nie smucę się tym, że nie będę miał gdzie dostawać i czerpać, ale martwię się tym, że nie będę miał gdzie dawać i uświęcać się przez służbę.

Bóg jest tym, który wyrywa nas z niewoli, oczyszcza i uzdrawia. Wobec każdego z nas chce czynić to, co uczynił Izajaszowi: „Oto dotknęło to twoich warg: twoja wina zmazana, zgładzony Twój grzech” (Iz 6, 7) – po to, aby móc zapytać „Kogo mam posłać? Kto by nam poszedł?” (Iz 6, 8a). Gdy słyszę odpowiedź Izajasza „Oto ja, poślij mnie!”, to mam przed oczyma człowieka, który za możliwość bycia sługą Boga oddałby wszystko, a gdyby ktoś chciał go w tym wyprzedzić, to nie cofnąłby się przed użyciem siły – tak bardzo widzi w tym jedyny sens swojego życia i jedyną radość dla siebie. Czy gdy słyszę pytanie o to, kto chciałby się czegoś podjąć, to wyrywam się ku temu z radością? Czy naprawdę pragnę służyć Bogu i w tym widzę sens mojego życia? Jeśli nie, to niech ożywia mnie Słowo, które św. Paweł skierował do Rzymian (12, 10-11): „W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie! Nie opuszczajcie się w gorliwości! Bądźcie płomiennego ducha! Pełnijcie służbę Panu!”. W tym jednym miejscu pożytecznie jest pragnąć być największym – bo to mnie doprowadzi do bycia najmniejszym, do bycia „sługą wszystkich”. Do bycia jak Chrystus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s