Spóźniona błogosławiona

Nie jestem z tego powodu dumna, ale weszłam do kościoła dopiero na ewangelię. Syn od kilku dni dobija infekcję (niejeden rodzic zgodzi się, że Gwiezdne Wojny przy chorym dziecku to całkiem prawdopodobna i lekka historia). Tak więc, wyszłam z domu, w celu przeżycia niedzielnej Eucharystii. Wynurzyłam się z tych codziennych, powszednich oparów absurdu i zmęczenia, ciągnięta potrzebą i obowiązkiem Spotkania. No i weszłam dopiero na ewangelię.

„Przybiczowałam się” myślami, przygarnęłam kilka wyrzutów sumienia. Spodziewałam się spodziewanego – albo zostanę wytknięta przez ludzi będących już od dłuższego czasu w kościele, albo przez księdza (raz mi się to w życiu zdarzyło, czemu więc nie miałoby się powtórzyć?), albo przez świętego, patrzącego na mnie wymownie z pobliskiego obrazu (bez obrazy). Moje prognozy okazały się nieprawdziwe. Zamiast słów nagany usłyszałam to:

Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla was od założenia świata!
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.

Pomyślałam o wszystkich chwilach, w których wstając na pół przytomna w środku nocy karmiłam mojego syna. Kilka razy. Godzinami. Do najedzenia i do ugaszenia pragnienia.

Pomyślałam o czwartku nad ranem, gdy przyszedł na świat. Gdy ogarnęłam swoimi rękami małego człowieka, jak przybysza z innego świata, bez domu, bez konta w banku, bez znajomości lokalnego języka.

Pomyślałam o tych wszystkich razach, w których ubierałam go, od stóp do głów. Wyginałam palce, próbując nawlec w małe rękawki jego mikroskopijne rączki, zapinając kopertowe body na dziesięć zatrzasków, żeby nie zmarzł, nie przegrzał się i do tego jakoś wyglądał.

Pomyślałam sobie o ostatnim tygodniu. O wzywaniu lekarza i mojej trosce. O odciąganiu gilów przez rurkę od fridy tak, aby mały człowiek się nie przestraszył. O tuleniu go i usypianiu, to tu, to tam.

Pomyślałam o… O tym, że mimo iż przeżywamy rodzinny chorobowy areszt domowy, przyszłam do Jezusa. Trochę pomieszałam to zdanie, ale takie właśnie do mnie przyszło.

 „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście”.

Na końcu zdumiałam się – po raz kolejny – jak wielki sens ma to nasze proste życie. Im bardziej prozaiczne, tym intensywniej duchowe. Bóg jest z nami, a nie w religijnych wyobrażeniach.

I nie chcę skłamać, ale chyba pierwszy raz poczułam się zupełnie onieśmielona faktem, że Bóg nazywa mnie błogosławioną. Nie z powodu niezwykłości, albo nie wiadomo czego tam jeszcze, ale właśnie dlatego że moje życie jest ewangelią. Naprawdę krępuje mnie to, że powiedział mi to tak jasno jeszcze przy tym niedzielnym spóźnieniu.

Co to za Bóg, który uważa że właśnie tam, gdzie jesteśmy mamy bezpośredni dostęp do przyjmowania Łaski.

Szok i lekkie niedowierzanie.

 

Jedna uwaga do wpisu “Spóźniona błogosławiona

Odpowiedz na babciagawedziarka Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s