Wierność

W tych wszystkich momentach ocala mnie patrzenie nie przez pryzmat efektów, ale przez pryzmat relacji. A do tego właśnie powołuje mnie Bóg – do relacji z Nim. Nie do zgarniania tytułu pracownika miesiąca za najlepsze wyniki w „Królestwo Boże Company”.

Czytałem kiedyś książkę byłego generała dominikanów, o. Timothy’ego Radcliffe’a, który wspominał rozmowę, jaką odbył z jednym bratem, który, będąc już w podeszłym wieku, umierał z powodu choroby nowotworowej. Ów zakonnik, mając bliską perspektywę śmierci, powiedział wtedy, że chyba uda mu się spełnić jego marzenie, aby dotrwać do końca życia w Zakonie. Bardzo mnie wtedy te słowa zatrzymały i wracają do mnie niemal za każdym razem, gdy myślę o tym, co to znaczy być wiernym wobec Boga. Tamten zakonnik nie rozważał tego, ile duszpasterstw prowadził, jak wiele książek napisał i rekolekcji poprowadził, ale cieszył się tym, że współpracując z Bożą łaską dochował wierności ślubom złożonym kilkadziesiąt lat wcześniej. Myślę o nim za każdym razem, gdy pojawia mi się pokusa osądzania innych za to, że są słabymi kaznodziejami, mało przekonującymi kapłanami, przeciętnymi małżonkami… Nie są doskonali, popełniają błędy (czasem ogromne!), ale są. Trwają. Nie zrezygnowali jak wielu innych.

Ta perspektywa bardzo ustawia mi patrzenie na różne sprawy mojego życia – modlitwę, życie sakramentami, ewangelizację, relacje z ludźmi. Widzę jak wiele w moim przeżywaniu tych sfer jest niedoskonałości, jak często brakuje mi wiary, odwagi, otwartości serca. Ile razy przez cały czas medytacji czy na Eucharystii moje myśli biegną w każdą stronę tylko nie ku Bogu. Ile razy tchórzę, gdy mam podejść do kogoś, aby głosić mu kerygmat. Ile razy upadam w różne grzechy, czy też staję w poczuciu niemocy wobec jakiejś trudnej relacji z drugim człowiekiem. Zawsze pojawia się wtedy pokusa, żeby to wszystko zostawić. Bo po co mam się modlić, skoro ciężko mi się skupić na rozważanym Słowie. Po co chodzić w tygodniu na mszę, jeśli trwam na niej w lekkim półśnie. Każdy mógłby tu pewnie wstawić swoje obszary życia, w których doświadcza jakiegoś zmagania, porażek, własnej niedoskonałości…

W tych wszystkich momentach ocala mnie patrzenie nie przez pryzmat efektów, ale przez pryzmat relacji. A do tego właśnie powołuje mnie Bóg – do relacji z Nim. Nie do zgarniania tytułu pracownika miesiąca za najlepsze wyniki w „Królestwo Boże Company”. Znając moją kondycję nie mogę uczciwie obiecać Bogu, że będę święty, że będę doskonale żył Jego Przykazaniami – widzę w sobie to, o czym pisał św. Paweł do Rzymian (7, 18-19). Że „łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę.” Gdy dostrzegam to jak moje codzienne wybory odbiegają od pragnień, które budzą się w moim sercu mogę tylko za św. Paweł zawołać „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?” (Rz 7, 24a). Widzę, że sam z siebie nie umiem w pełni żyć Ewangelią, że po ludzku mnie to po prostu przerasta. Czy mam wobec tego nie próbować? Zdecydowanie nie.

Tutaj właśnie dostrzegam ogromną przestrzeń życia w wierności Bogu. Wierności nierozumianej jako nienaganność moralną, ale jako nieustanne przychodzenie do Niego i otwieranie przed Nim swojego serca, by On mógł działać w moim życiu. Moją rolą jest zabiegać o to, abym był jak najbardziej gotowy na przyjęcie Jego łaski – by gleba mojego serca była jak najlepiej spulchniona, nawilżona, oczyszczona z kamieni i chwastów. Aby On mógł tam rzucać ziarno Słowa. On pokazuje mi konkretne przestrzenie, w których chce do mnie przychodzić – Słowo, modlitwa, sakramenty, Wspólnota, posługa ewangelizacyjna, relacje z ludźmi. Każde z tych miejsc związane jest z obietnicą Jego działania. I On tej obietnicy nigdy nie cofa, bo „Jego łaska trwa na wieki, a Jego wierność przez pokolenia” (Ps 100, 5). Chcę stawać przed Nim, w takiej kondycji w jakiej aktualnie jestem, by przyjąć Jego zaproszenie do spotkania. A spotykając się z Nim, czerpać siłę do oczyszczania mojego serca.

Z tą wiernością wiąże się też dla mnie zaufanie wobec Boga. Bo ta wierność, codzienne stawanie do modlitwy, uczestniczenie w życiu Wspólnoty, wychodzenie na ewangelizację uliczną – to wszystko wiąże się z konkretnym czasem i wysiłkiem do poświęcenia. Łatwo mi wejść w pokusę zracjonalizowania sobie tego – że mogę z tego zrezygnować, bo przecież mam tyle ważnych „obowiązków stanu”, egzamin albo konferencję naukową, że jest bardzo brzydka pogoda… Gdy wchodzę w takie myślenie, to jakbym nie do końca wierzył w to, że mój Bóg jest wierny, jakbym nie ufał Jego obietnicy, że On się chce o mnie troszczyć i dawać mi wszystko, czego potrzebuję (Mt 6, 8).

Coraz mocniej dostrzegam, że najbardziej moją relację z Nim umacniają te momenty, w których wchodzę w coś, co jest Jego, chociaż po ludzku wydaje mi się to beznadziejne i zupełnie bezsensowne – jak na przykład ewangelizacja uliczna w strugach deszczu albo śniegu i kilkustopniowym mrozie. Te momenty najbardziej przemieniają moje serce, bo mogę doświadczyć tego, że to nie moją mocą się to wszystko dzieje, ale Jego łaską. Że to On jest wierny. A moja wierność to wchodzenie w Jego obecność i powtarzanie za Maryją „niech mi się stanie według słowa Twego” (Łk 1, 38).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s