Kiedy narzeczona jest na wieczorze panieńskim, narzeczony pisze…

W ciągu ostatnich dwóch lat byłem na wielu ślubach moich bliższych i dalszych znajomych – zwróciłem przy tym uwagę na błogosławieństwo dla nowożeńców. Choć jest kilka jego wersji, to najbardziej zatrzymała mnie pewna dysproporcja w tym, ile „miejsca” poświęca się tam żonie, a ile mężowi. Przy pierwszych kilku razach towarzyszyło mi niemal oburzenie, że „dla tej kobiety to jest tak dużo, a facetowi to ledwo jedno zdanie”. Ale potem wsłuchałem się w to jedno zdanie. I im więcej razy je słyszałem lub myślałem o tym, że ma ono zostać niebawem wypowiedziane nade mną w dniu naszego ślubu, tym bardziej miałem poczucie, że to i tak za wiele, aby to w sobie po ludzku pomieścić. A chodzi mi o te słowa:

„ […] a mąż jej, uznając jej równość we wspólnym życiu i powołaniu do łaski, niech ją otacza szacunkiem i tak kocha, jak Chrystus umiłował swój Kościół.”

Kochać jak Chrystus umiłował swój Kościół! Nie zagłębiając się w różne aspekty i odcienie tej Chrystusowej miłości, najbardziej zatrzymało mnie jedno – że On umiłował swój Kościół (każdego człowieka) aż do śmierci. Do takiej miłości Bóg mnie powołuje jako męża. Miłości, w której ma się objawiać pragnienie Ojca, aby moja przyszła żona stała się święta, aby w jej życiu jak najpełniej uwidaczniało się to, że On ją stworzył na Swój obraz i podobieństwo. Ta miłość ma ją przywracać do pełni życia i w tym życiu ją podtrzymywać.

Myślę o tych słowach i jest to dla mnie rzeczywistość, która absolutnie mnie przerasta. Każdego dnia zderzam się z tym, jak trudno mi różnych ludzi (moją Narzeczoną także…) kochać w sposób bezinteresowny, czysty, wierny. Widzę, że po ludzku jest to po prostu niemożliwe. Nie ma się co czarować. Ale widzę też, jak te słowa rezonują we mnie, jak budzą pragnienie, by do takiej miłości dojrzewać. Nadzieją przepełnia mnie to, że Bóg nie rzuca słów na wiatr – On naprawdę powołuje nas do świętości, do kochania tak jak Chrystus.

Perspektywa takiej miłości może jednak trochę zniechęcać wizją permanentnego obumierania, wyrzekania się siebie, tracenia itd. Patrząc tylko po ludzku – na pewno. Mnie jednak pociąga tym, że mogę przez to stawać się podobny do Chrystusa. Mając mniej „swojego” życia, bardziej żyć Nim. A tak naprawdę to coraz bardziej otwierać się na Jego życie we mnie. Czy to będzie proste? Nie sądzę. Ale największą nadzieję daje mi w tym to, że to nawet nie jest mój pomysł. Odpowiadając na to konkretne powołanie ja wchodzę w pomysł Boga. Jego pragnieniem jest to, aby w mojej miłości jako Męża uwidaczniała się ta miłość jaką Chrystus miłuje Kościół. Aby ta miłość uwidaczniała się w życiu każdego mężczyzny, który wobec Niego stał się mężem! I Bóg to traktuje serio, a nie tylko jako ładną okolicznościową laurkę.

Dlatego już za tydzień chcę od Niego to błogosławieństwo przyjąć z całą ufnością, że On znów okaże się wierny swoim obietnicom.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s